sobota, 13 maja 2017

Zanim pojedzisz wspinać się na Kilimandżaro - poradnik dla początkujących


Zacznijmy od kwestii podstawowej - to jest 6 tys. metrów. Radziłabym przed wyjazdem na Kili pojechać najpierw w Himalaje np. trekking do bazy pod Annapurnę (lub circle) lub trekking do bazy pod Everestem. Albo chociażby Jebel Toubkal albo Kazbek, albo chociaż trekking (nie wjazd kolejką) na Teide na Teneryfie. Głównie chodzi o to by zobaczyć, zrozumieć co to wysokość na własnym przykładzie i poznać swoje ciało jak reaguje na wysokość. Poznać swoje granice. Powinno za każdym razem być łatwiej.

  6 dniowy trekking na Kilimandżaro? Tylko dla zaawansowanych. Zupełnie nie wiem z czego to wynika, że najczęściej wszyscy wchodzą w najkrótszym wariancie - 5 dniowym do góry. Jest taniej to prawda. Ale dlatego wchodzi podobno tylko 20% , bo to po prostu hardkorowa aklimatyzacja. Chyba to biznes po prostu.

  Kiedy? Najlepiej w styczniu/lutym) lub sierpniu/wrześniu! Choć wchodzic można cały rok. Ja wchodziłam w Nowy Rok i było bardzo cięzko z powodu temperatury i śniegu. Nieporównywalne warunki z latem.


  Jak się ubrać. To zależy od pory roku i wysokości danego dnia. I wyżej tym cieplej. Potrzebujemy zesatw od tropików do -20 stopni! Tak więc koniecznie cały zestaw nieprzemakalnych ubrań goretexowych. W lesie deszczowym nie ma jak, ale zmokniesz pierwszego dnia. Polecam iśc w klapkach, a buty zawinąć w worek, by nie pzremokły i mieć je na kolejne dni. Bo serio wszystko moknie, nawet pod peleryną. W ogóle wszystko pakować w worki. Śpiwór to nawet w dwa worki. Mi przemókł i przed atakiem szczytowym absolutnie nie mogłam się rozgrzać w przemokniętym śpiworze. Warto mieć osobne czyste i suche ciuchy na sam atak szczytowy. Może nawet i buty - ja dziękuję za poradę Kasi Kalisz i wzięłam ciężkie ciepłe buty wysokogórskie zimowe. Najlepiej mieć dwie pary - podejściowe i już typu Zamberlan na szczyt. Do spania też dobrze miec osobne ciuchy. By po całym dniu mieć ten komfort i przebrać się w coś czystego. Tragarze zabierają ze soba ok. 15 kilo, samemu też spokojnie można nieść 10 kilo i się nie przemęczyć, więc lepiej coś wziąć niż nie. Bardzo fajne są rzeczy merino. Są drogie - ale jak się arz kupi to potem się nie żałuje. Przede wszytskim bielina długa na dół i bluzka na górę. Po powrocie do domu broń boże nie prac w pralce, a niw chemikaliach żadnych. Przeprać w wodzie, ewentualnie z odrobina szarego mydła.

  Witaminy, wspomagacze i inne leki: polecam aspirynę na wieczór (rozrzedza krew i przeciwdziała naturalnie chorobie wysokościowej, w bardziej naturalnej wersji można wcinać ząbki czosnku lub imbir - też pomagają) plus priobiotyki = szerokie spectrum, by uchronić się przed zatruciem. Nie ma nic gorszego jak nie wejśc z powodu biegunki. Zarówno priobiotyki, jak i rutinoscorbin (by się nie przeziębić) i magnes (na skurcze-może byc w wersji z wit. B, najlepsze są takie mixy dla sportowców). Ważne by zacząć je brac już tydzień przed. Na co nam to jak już się coś stanie, to jest za póżno. Priobiotyki i witaminy in. tydzień wcześniej, aspirynę, 1 dzień przed wyjściem na trekking. Ja polecam wziąć kiśle, bo żarcie nie wchodzi po paru dniach - to jeden z objawów choroby wysokościowej. 2 posiłki dziennie zapewnia agencja w której się wykupuje wejście i przewodnika. Sa całkiem smaczne. Warto zabrać pzrekąski typu daktyle, orzechy, batoniki energetyczne...



  WODA - ile pić na wysokości? Ok. 4 litry dziennie i to od pierwszego dnia. Jak to możliwe? Zaraz sprzedam Wam moje sposoby. W Afryce, Azji nie pijemy wody z kranu, rzeki itd. Można wziąć tabletki do odkażania, bo czasem są problemy z wodą. Powinniśmy dostac przegotowana. Ostatnie poidełko znajduje się poniżej Base Camp, więc należy na atak szczytowy zabrac min. 2 litry. Najlpiej ciepłej herbaty - więc 2 termosy się przydają. Ważne by do wody i herbaty dodawać zawsze jakiś Litorsal lub isostar (w mniejszych proporcjach jak na opakowaniu czyli przeważnie jedna tabletka na 500 ml. Czyli na wyjazd z dwa opakowania trzeba sobie wziąć. A więc pić dużo. Dużo ciepłej herbaty. Litr z rana przy śniadaniu i litr przy kolacji. Jest zimno więc słodka herbata jest przyjemna (mój patent - wziąć kilka smaków, bo kubki smakowe płatają figle) Choć trzeba pamiętać, że będzie się chciało siku, a na dużej wysokości wyjście do toalety to wielki wysiłek (jak sie nie było wysoko to trudno sobie wyobrazić, że pzrejście 200m to mega wyziłek, więc uwierzcie na słowo. We wszystkich obozowiskach na Kilimanjaro są toalety. Nalezy liczyć ile się wypiło płynów. 3 litry od pierwszego dnia to minimum. Trzeba wziąc bidon na wodę (taki który nie stopi sie od wrzątku) i termos, a najlepiej dwa.

 Co wziąć: dwa litrowe termosy. chusteczki nawilżające (sorry, ale nie ma mycia przez 7 dni., kilka par rękawiczek - od cieniutkich, do grubych, sprawdzic czy te cieńkie wchodzą w te cieplejsze. Patent na suszenie ubrań, jesli Wam zmokna lub zachce Wam się prania - a więc najlpiej w śpiworze - położyc się na nich, a w nogach trzymamy całą elektronikę. W nocy w bazie będzie poniżej zera, szkoda aparatu i komórki. Co do komórek - straciłam już ich kilka. I albo bierzemy cegłę - nokię - serio nie wiem jak to jest, ale gdy wszytskie nowe smartfony już nie łąpią zasięgu to stare cegły jeszcze długo je mają , no i bateria trzyma tydzień. Można tez zaopatrzyć się w wodoodporny/antywstrząsowy panel.

 ciąg dalszy nastąpi...  w razie jakis pytań zaparszam na mojego instagrama, facebooka lub bezpośrednio na email: samaprzezswiat@gmail.com










niedziela, 8 stycznia 2017

Solo travel - dlaczego warto podróżować samemu?



Mój pierwszy blog "Dziwny jest ten świat" skupiał się na odkrywaniu dziwnych rzeczy w najróżniejszych zakątkach świata. Ale szybko okazało się, ku mojemu zdziwieniu, że najbardziej interesujące dla ludzi z tego wszystkiego, było zawsze to, że podróżuję sama! No bo jak? Samotna młoda dziewczyna? Przecież to niebezpieczne? Nie nudzisz się? Jest przecież drożej. - Mówili

Ja sama nie bardzo nad tym się zastanawiałam, bo tak po prostu samo wyszło. Gdy wyprowadziłam się z Polski, logistycznie trudno było z kimś znajomym pojechać. Nie miałam żadnej filozofii z tym związanej.

Pierwszy samotny wyjazd wypadł dość spontanicznie (co w sumie potem również stało się u mnie regułą) Dosłownie w czwartek wieczorem zabookowałam bilet do Barcelony, a w niedzielę rano już tam byłam. Byłam mega zmęczona, był luty, brak słońca, doskierała mi nostalgia. Wiedziałam, że muszę odpocząć. Padło na Barcę, bo były tanie loty bezpośrednio z Londynu, no i mimo zimy była szansa na słońce (przy okazji polecam każdej zimy wyjechać jak najbardziej na południe, najlepiej już w grudniu przez świętami!).

Bałam się tego wyjazdu strasznie. Sama muszę wszystko zorganizować. Co z bezpieczeństwem? Przecież tam kradną! A jak zgubię paszport? Co będę robić? Nie mam nic zaplanowanego. Będę się nudzić sama ze sobą. Nie ma z kim dzielić się przeżyciami. Ale zastanówmy się chwilę. Codziennie robimy rzeczy na pokaz, wrzucamy fotki na fejsa przy każdej możliwej okazji pochwalenia się czymkolwiek. Zróbmy raz coś dla siebie. Tak więc internety poszły w ruch i w godzinę wiedziałam już co chcę zobaczyć. Hotel oczywiście blisko plaży, przy La Rambla. Idealnie. I więc właśnie tu odkrywa się kolejny plus. Robisz wszystko tak jak TY chcesz. Zero kompromisów.



Jestem dosyć aktywną osobą, chcę z życia brać jak najwięcej. All inclusive i siedzenie w hotelu nad basenem to nie ja. Tak więc pierwszy raz mega nabity plan zrealizowałam w pełni. Nie muszę nikogo popędzać. Dlaczego? Bo to ja nadawałam tempo. Bo jeśli coś się napatoczyło przy okazji, zmieniałam plan. Po prostu. Nie musiałam go z nikim dyskutować. Druga osoba się zmęczyła wejściem na górę i musisz czekać? To już mnie nie dotyczy. Bo grupa jest tak silna jak najsłabsze jego ogniwo. Tak więc wyjazd samemu to zaoszczędzony czas, bo robisz tylko to na co masz ochotę. Czysty hedonizm.

Bardzo lubię też dobrze zjeść. Mam odznakę eksperta na tripadvisorze haha. Ale chodzi o to, że nie żałuję wydać 30 euro zamiast 10 by zjeść coś w świetnej knapie w mieście. Traktuję to jako kolejną atrakcję. A nie jako napełnienie brzuszka tylko. I tutaj właśnie pierwszy raz poczułam, wow! Nikt mi nie mówi, że za drogo. Że tam nie idzie, bo go nie stać. Ludzie którzy oszczędzają nadmiernie, żyją w ciągłym stresie. Ja tego nie chcę. Kto mnie zna wie, że też żyję oszczędnie, ale oszczędzanie nie polega na kupowaniu tańszych rzeczy. Pierwsze wejście do restauracji samemu wydawało mi się super krępujące. Co sobie ludzie pomyślą? Wiecie co? Nic! Oni mają to w dupie. A tak szczerze to zauważyłam, że gdy jestem sama kelnerzy są jakby milsi dla mnie, próbują mi dotrzymać towarzystwa i w ogóle jest świetnie. Jako że jestem łasuchem często zamawiam "selection" czyli zestaw wielu dań w małych porcjach. Przeważnie jest to przewidziane dla dwóch osób i wyglądam śmiesznie z całym stołem zawalonym, ale co tam. :)

Podróżowanie samemu to przede wszystkim poznawanie ludzi. Gdy jesteś z kimś, jesteś mocno skupiony na drugiej osobie. Gdy jesteś sam, jesteś skupiony na tym, co Cię otacza. I tak stałam się mistrzem w "pakowaniu się w kłopoty". Nie, że coś się dzieje, ale że szukam okazji do poznania nowych ludzi. Lokalsów! Inni turyści nie do końca mnie interesują, choć czasem można poznać kogoś fajnego (najfajniejsze osoby poznaje się w hostelach - to tam śpią najbardziej szaleni podróżnicy!).



Ale by przeżyć coś wyjątkowego należy poznać kogoś z tamtej kultury. Oni zawsze pokażą Ci coś czego nie ma w przewodnikach. Opowiedzą Ci o mentalności, kulturze. Te spotkania są niezapomniane. I zupełnie nie trzeba się krepować kogoś zaczepiać. Mnie samotną dziewczynę w sumie często sami zaczepiają. "Co tu robisz sama?". Choć samemu wystarczy po prostu zapytać np. o drogę i gadka już leci. W ten sposób na Malcie autochton pokazał mi łąkę z tymiankiem (ten zapach mam w głowie do dziś), w Hiszpanii dowiedzialam się czemu młodzi są tacy teraz smutni, na Jamajce dowiedziałam się o seks-turystyce kobiet, a na Islandii, że biznesy załatwia się na basenach termalnych.

Co z bezpieczeństwem? Wiadomo, chłopacy mają dużo łatwiej. Ja zachowuję podstawowe zasady. Po nocy raczej nie chodzę, staram się zawsze dowiedzieć, które rejony warto omijać lub tak jak na Jamajce, gdzie w sumie prawie wszędzie jest niebezpiecznie, wynajęłam ochroniarza, przewodnika i kierowcę w jednym. Czasem fajnie jest się zgubić, ale nie zapominajcie o google maps. Działają nawet bez włączonego netu. Choć zawsze najlepiej spytać autochtona. Pamiętam jak w Paryżu zaczełam chodzić po pięknych romantycznych uliczkach w prawo w lewo, aż po kilku minutach, bo uliczki nie było równolegle do siebie położone, zaczęłam się kręcić w kółko. I od razu myśl, nie będę zgrywała chojraka, i zapytam się kogoś - gdzie ja właściwie jestem? Padło na przepiękną starszą panią w kapeluszu. Wyglądała jak szlachcianka. I ten paryski ponadczasowy styl. I było to jedno z piękniejszych spotkań w moim życiu. Mimo, że ona po angielsku nie mówiła prawie wcale, a ja po 10 latach nie używania francuskiego też raczej dukałam. A mianowicie Pani zamiast mi szybko coś tam odburknąć ciągnie mnie za rękaw do pobliskiej kawiarni. "Usiądźmy to Ci wytłumaczę. " Zamawia dwa esspresso i dwa ciastka. I rozmawiamy. O Paryżu, o Francuzach, o życiu. Na koniec absolulnie nie pozwala mi zapłacić. Piękne spotkanie z francuską hrabiną.

Podróże solo to niesamowity odpoczynek dla umysłu. Zabierając swój świat (towarzysza) nie odpoczniesz. Możesz poza tym być kimś zupełnie innym. Nikt tu Cię nie zna. Masz mnóstwo czasu na przemyślenie spraw z dala od rzeczywistości. Nie musisz w ogóle z nikim gadać. Tak ważne jest pobyć samemu ze sobą. Najlepiej wypoczęta wracam właśnie z samotnych podróży.

A jak z kosztami? Rzeczywiście wychodzi trochę drożej. Bo jednak koszt jedynki i dwójki w hotelu jest prawie taki sam. Koszt wynajęcia auta też niestety nie jest dzielony. Ale pomyślmy, jeśli idziesz do muzeum i płacisz 30 euro tylko dlatego, że Twój towarzysz uwielbia muzea, to w sumie jesteś te 30 ojro do tyłu. Samemu wydajesz tylko na to, na co chcesz. 100 gwarancja satysfakcji.

Spróbujcie raz, a zrozumiecie!

Jako gratis filmik motywujący:






Błogosławiony stan podróżowania

Lubię ten stan, gdy jestem w podroży. Wszystko jest w zawieszeniu, czas nie tyka. Jadę gdzieś. Tak po prostu. Czuję, że za chwilę stanie się coś niezwykłego. Przygoda właśnie się zaczęła. Spokojnie, z otwartymi oczami pochłaniam świat wokoło. W końcu nie jestem w biegu, w końcu mam na ten świat czas... kocham podróżować...





wtorek, 3 stycznia 2017

Pierwszy z siedmiu. Kilimanjaro jest moje!



KILIMANJARO zdobyte! Dziękuję wszystkim za wsparcie. Po 5 dniowym ciężkim wspinaniu, zakończonym całonocym atakiem szczytowym udało mi się wejść na najwyższy szczyt Afryki, zaliczanym do korony ziemi! Dokładnie w nowy rok o 8:00 byłam na 5895m. Pogoda była okropna. Cztery dni deszczu, potem śnieg i wszystko przemoczone, nieprzespana noc przed atakiem, i wiele chwil zwątpienia. Nie udałoby mi się bez was! Dziękuję!Więcej niedługo na blogu! Jeśli jesteście zainteresowani wejściem na Kili to proszę napiszcie do mnie na samaprzezswiat@gmail.com lub na Facebooku Sama Przez Świat

niedziela, 25 grudnia 2016

Piewszy raz przekroczyłam równik! Kilimanjaro w zasięgu.



Stało się, jestem tu! Tyle miesięcy marzeń i strachu. Bardzo dużo niepotrzebnego strachu. szczepionki, malaria, bieda, złodzieje. A na miejscu w Kenii mili uśmiechnięci ludzie i spokój. Nic tu się nie śpieszy. Nawet komar leniwie kąsa ;)

Jest pora sucha. Po raz pierwszy jestem w tak wysokiej temperaturze. Nie ma odpoczynku nawet w nocy. Sytuację ratuje basen i ocean. Choć woda w temperaturze zupy (powyżej 25 stopnii) Wiele rzeczy w tym roku było po raz pierwszy. Pierwszy raz spędzam święta sama. No i cel najważniejszy Kilimanjaro. W góry zawsze starałam się chodzić w grupie, choć małej, ale zawsze, dla bezpieczeństwa. Tym razem idę sama na szczyt.  No dobra, prawie sama. Z lokalnym przewodnikiem. Ale  w zmaganiu z górą zawsze ostatecznie jesteśmy sami. Nie zdobywa się dla kogoś, zdobywa się szczyty dla siebie. Walczy się samemu z sobą. Jest jeden prosty cel. Szczyt. Tak niewiele rzeczy w moim życiu było tak prostych. Ostatecznie wszystko sprowadza się do dobrego przygotowania fizycznego i sprzętu. Potem już nic od Ciebie nie zależy. Musisz poddać się górze. Poddać, czyli liczyć na jej łaskę. Że da Ci na nią wejść. Czy Kilimanjaro okaże się dla mnie łaskawe? To się okaże w sylwestra.



Kilimanjaro jest bodaj najwyższą górą, na którą może wejść amator. Prawie 6 tys. metrów. Słyszałam o niej wiele. Była z tyłu głowy od tak dawna, choć mnie paraliżowała wysokość. Mówiłam sobie, że nie mam wystarczającego górskiego doświadczenia, ani fizycznie nie jestem gotowa jeszcze. Ostatni rok tak jakby prowadził dokładnie na Kilimanjaro. Zeszłoroczne święta spędziłam w Alpach. Potem były kilka razy Tatry, na czele z genialnym spotkaniem Oli Dzik i kilkudniowym kursem Wspinaczki Wysokogórskiej Zimowej. Wiele tam się nauczyłam i serdecznie polecam. Potem był Kaukaz i Kazbek. I totalna masakra. Ten tydzień nauczył mnie więcej o mnie niż wszystkie inne podróże. Była i choroba wysokościowa i prawie mdlałam z wycieńczenia, byłam zielona, opuchnięta. Szczęśliwa. Bo zrobiłam coś totalnie innego. Potem był harkorowy trekking przez góry Islandii ze studentam z skpb Warszawa. Super ziomki. I znowu totalny survival. Zero mycia, namioty, 30 kilo na plecach. Listopad stał pod znakiem Himalajów. Znowu udało się wejść na 4500m . Tym razem bez większego zmęczenia. Na górze skakałam i biegałam. I wtedy Kilimanjaro wydawało mi się takie w zasięgu.

Wszystkie tegoroczne wyprawy układają się w logiczną całość. Koniec roku powinnam przywitać na szczycie Kilimanjaro, na prawie 6000 metrach! Czyż to nie będzie piękny finał? A zarazem początek nowego roku? Kochany 2017! Nie mogę się Ciebie doczekać. Głowa jest pełna planów... ale póki co jest tylko jeden - wejść na tą cholerą górę!




niedziela, 23 października 2016

Nepal i Himalaje to inny świat. Każdy choć raz musi to przeżyć.


Nepal to inny świat. Bardzo długo dochodziłam do siebie, bo tym doświadzceniu. Przez wiele dni żadne słowa nie chciały mi przejść przez palce. Zacznę może od końca. Wylądowałam w Berlinie o 7 rano. Taxi i po chwili byłam w domu. Rozebrałam się, napuściłam wody do wanny, dodałam bąble. I miałam łzy w oczach. Uczucie: "Czym sobie zasłużyłam na taki luksus?" mieszało się z "Jak dobrze być w domu". Co mną tak wstrząsnęło.? Tym razem nie były to góry, wysokość, ciężki trekking. To było to wszystko to co działo się obok - bieda, miliony ubrudzonych dzieci, okropne warunki sanitarne. I świadomość, że w kraju gdzie są jedne z najlepiej wyposażonych szpitali na świecie, nie są one dostepne dla mieszkańców. Tylko dla bogatych amerykańskich turystów. Są one utrzymywane z biznesu ubezpieczeniowego. Nepalczykom wstęp wzbroniony. Kobiety rodzą w polu, i jak przeżyje to dobrze, a jak nie, to za rok będzie nowe dziecko. Prawo dżungli. Przeżyć może tylko najmocniejszy. Odniosłam wrażenie, że do 1 roku życia, główny obowiązek rodziców to wystawienie go przed dom w koszu i niech się hartuje. Albo przeżyje, albo nie. Dopiero jak malec podrośnie, zaczyna dobrze rokować, że przeżyje najgorszy okres (wysoka śmiertelność dzieci) dzieckiem zaczyna się interesować rodzina. No cóż głównie kobiety.


Facetów to w ogóle wysoko w górach nie widziałam za wielu. Wszystko jest na głowie kobiet. Po tym czasie sprawdzania, dziecko zaczyna się ubierać kolorowo, nakładać bransoletki, malować oczy kredką. Co ciekawe do ok. 10 roku życia nie ma tu podziału na płeć. Chłopcy i dzieczynki wyglądają tak samo. I to ma chyba sens.

Marta, którą poznałam w Gruzji powiedziała mi" "Wygodne buty to tam nieważne. Weź cukierki dla dzieci. Najbardziej lubią krówki". Na 15 kilo rzeczy, które ze sobą biorę na 3 tygodnie - 4 kilo to cukierki dla dzieci. Co dzień pytam lokalnego przewodnika. Która wioska jest najbiedniejsza, widzę miliony dzieci. Chcę być sprawiedliwa. Chcę dać tym najbiedniejszym. Mam też długopisy. Wykupiłam cały zapas w sklepiku w Pokharze... Mówi mi, że im wyżej tym biedniej. Chociaż powyżej 3tys.m kończą się już wioski.
-"Powiedz mi proszę kiedy będzie ostatnia wioska."
-"Za 4 dni"


No i mija dzień i widzę te wszystkie brudne dzieci. I w głowie mętlik, cios w serce. Nie mogę tym tu dać, bo zabraknie dla tych na górze. Ja pierdolę, jest bieda i jest zajebista bieda. Wybieraj. Choice is yours. Jednemu odmawiam na rzecz innego. Jest mi ciężko na bani. Bez sensu. Najgorsze, że te dzieci nie mają nic, a są szczęśliwe. Tańczą i się przytulają. Wyobraźcie sobie ich miny, gdy robię polaroida i na ich oczach ukazuje się foto. "Magia" - mówię.

 Przez 3 tygodnie nie widziałam płaczącego dziecka. Nie grymasiły, wyjadały tymi małymi rączkami (nie używa sztućcow) cały ryż z talerza. Mimo, że na śniadanie, obiad i kolacje codziennie jest to samo. Je*any ryż z sosem. Jak teraz widzę te dzieci w Europie marudzące -"kup mi coś", to mam ochotę sprzedać im kopniaka w dupę.

Z całej podroży przywiozłam setki selfików z dziećmi. Najmocniej wspominam chyba spotkanie z malutką dziewczynką (po lewej) w ostatniej wiosece przez Annapurna Base Camp. Nikt nie wiedział co jej jest. Miała wykręcone kończyny i nie miała w nich siły. Nigdy pewnie nie widziała lekarza. Ale wiecie co? Ona jest tam szczęśliwa, może szczęśliwsza jakby urodziła się w Europie. Może u nas w ogóle ktoś by usunął ciąże po pierwszym usg? A tak żyje sobie tam na końcu świata otoczona bliskimi i jest gwiazdeczką. Wszyscy jej pomagają, całują, przytulają i kochają szczerze. Pamiętam te jej różowe spodenki. Miała jedne. I w nich popylała na tych kolankach prezz te skalne schody i chodniki. Jednego wieczoru usiadłyśmy i ona łapie mi aparat i patrzy na mnie tymi wielkimi oczami. "Naucz mnie". No dobra. I tak siedzimy i staramy się pstrykać fotki. Oczywiście przy wykręconych kończynach i porażonych mięśniach naciśniecie migawki to dla niej wielki wysiłk. Ale się nie poddaje i cyka nam słitfocie :) Na tą ostatnią wioseczkę zostawiłam sobie chyba z 2 kilo cukierków. Poszły wszystkie dla niej i jej brata i kuzyna. Chyba rzeczywiście tu przydały się najbardziej. Dawkowałam jej te słodycze. I mówię obiad najpierw. Ale nie musiałam wcale. Za każdym razem brała paczkę cukierów i od razu dawała mamie. Mam podzieli sprawiedliwie, widzę w jej oczach. Na konieć robię dwa polaroidy i jeden zostawiam jej.

cdn.

Więcej zdjęć na instagram.com/samaprzezswiat

\













Plecak pełen leków. Co warto wziąć w Himalaje?

1/3 plecaka to leki. Będę przygotowana na wszystko, łacznie z odebraniem porodu ;) Zobaczcie co zawiera moja apteczka wyprawowa.
Subskrybujcie proszę mój kanał youtube.com/samaprzezswiat na Youtube i mojego snapchata samaprzezswiat